Aktualnie na stronie przebywa 54 gości oraz 0 użytkowników!
- AS Roma
- Historia
- Rozgrywki
- Publicystyka
- Statystyki
- Serwis
Roma to nie tylko wspaniałe piłkarskie gwiazdy, ale także szkoleniowcy, bez których nie powstałby żaden zespół. Zazwyczaj w cieniu sukcesów, ale za to pierwsi do zwolnienia podczas niepowodzeń. Legendarni i zasłużeni, a czasem także zupełnie przypadkowi, a nawet komiczni. Obcokrajowcy i rodowici mieszkańcy Italii. Niemało było także wśród zasiadających na trenerskiej ławce Romy jej byłych zawodników – jedni zwycięzcy, lecz na zawsze wyklęci (Capello), z kolei inni zwyciężeni (Bernardini), lecz kochani jako symbol Romy. Nikt jednak nie może negować roli jaką trenerzy odgrywali w dokonaniach Romy. Z pewnością warto zapoznać się z historią tych ludzi oraz ich sukcesami i spektakularnymi porażkami – bo i takowych było niemało.
Angielskie początki
Pierwszym trenerem stołecznego zespołu latem 1927 roku został Anglik, Wiliam Garbutt – były napastnik Blackburn oraz gentleman, którego znakiem firmowym była fajka w ustach. Angielski trener rozpoczął swą pracę szkoleniową już w wieku 29 lat, bowiem na kontynuowanie kariery piłkarskiej nie pozwoliła mu ciężka kontuzja kolana. W zasadzie od samego początku ten 44-letni, elegancki człowiek był faworytem prezydenta Italo Foschiego, który uważał go za znakomitego fachowca z potrzebnym doświadczeniem (15 lat pracy w Genoi i wywalczone 3 tytuły mistrzowskie). Garbutt otrzymał od Foschiego zadanie zespolenia drużyny powstałej z graczy Fortitudo, Alby i Roman. I choć dopiero raczkujący zespół Romy w rozgrywkach ligowych (nie było jeszcze Serie A) nie osiągnął wielkich wyników, to Garbutt w złote ramy historii Romy wpisał się już po roku pracy poprzez zdobycie pierwszego trofeum – Pucharu C.ON.I. (Puchar Włoskiego Komitetu Olimpijskiego). Garbutt – mimo zmiany na stanowisku prezydenta klubu (w marcu 1928 roku Foschiego zastąpił Renato Sacerdoti) – otrzymał kredyt zaufania na kolejny sezon oraz w prezencie tak wspaniałych graczy jak Fulvio Bernardini i Rodolfo Volk. Celem nadrzędnym, nakreślonym drużynie, było zajęcie minimum 8 miejsca w swojej grupie rozgrywkowej, które dawało już awans do właśnie nowo tworzonej profesjonalnej ligi o nazwie Serie A. I Garbutt wywiązał się z tego zadania więcej niż dobrze – uplasował się ze swoimi podopiecznymi na 3 pozycji, a następnie… kuszony wielkimi perspektywami odszedł do Napoli.
W sezonie 1929/30 wystartowała Serie A, a szkoleniowcem, który prowadził zespół Giallorossich w tych rozgrywkach był Guido Baccani – pierwszy włoski trener, którego przeszłością była reprezentacja Włoch (1924/25) oraz… zespół Lazio. Baccani na trenerskiej ławce Romy wytrzymał jedynie 7 meczów, w których zdobył ledwie 6 punktów. Warto jednak podkreślić, że to pod dowództwem Baccaniego Roma odniosła rekordowe, jak dotąd, zwycięstwo w Serie A – 9:0 z Cremonese. Prezydent Sacerdoti w miejsce włoskiego szkoleniowca zatrudnił kolejnego Anglika, Herberta Burgess’a, który start miał wręcz imponujący – wygrana z liderującym Interem, zwycięstwo w pierwszych derbach Rzymu oraz sukces z wiceliderem – Genoą. Burgess doprowadził swój zespół do 6 miejsca na mecie sezonu 1929/30 oraz do wicemistrzostwa Włoch w roku następnym (symbolem siły Giallorossich była niezapomniana wiktoria 5:0 nad Juventusem). Również początek sezonu 1931/32 był więcej niż poprawny – po 7 seriach spotkań fotel wicelidera zdobyty piękną i skuteczną grą. Jednak kolejne dwa przegrane mecze, z Casale i Fiorentiną, niespodziewanie zakończyły trenerską karierę Burgess’a w Romie. Jego wielkie kompetencje trenerskie były niweczone w codziennym życiu poprzez umiłowanie do alkoholu, co nie pozostawało bez wpływu na morale drużyny. Później prezydent Sacerdoti z żalem opowiadał, że chciał jedynie wstrząsnąć zespołem i trenerem, powierzając chwilowo stery dotychczasowemu trenerowi rezerw… Jednak Burgess nie był żółtodziobem i unosząc się honorem, na ławkę Romy już nie wrócił. Janos Baar prowadził drużynę do końca sezonu, a w nagrodę za wywalczenie 3 miejsca otrzymał od prezydenta Romy mandat na kolejny sezon. Tam jego karierę w rzymskim klubie przekreśliła w 6 kolejce pierwsza porażka Romy w derbach Rzymu. Renato Sacerdoti takich rzeczy nie wybaczał – drużynę przejął słynący z twardej ręki i bezkompromisowy Lajos Kovacs (jego najświeższym sukcesem było wprowadzenie Padovy do Serie A), który od pierwszego dnia wprowadził w klubie żelazną dyscyplinę. Lecz rozczarowujące piąte miejsce na koniec sezonu 1932/33 niekoniecznie potwierdziło słuszny kierunek obrany przez węgierskiego szkoleniowca.
Wicemistrzostwo Barbesino i ucieczka Sacerdotiego
Nic więc dziwnego, że kolejny piłkarski rok (1933/34) Giallorossi rozpoczęli już pod wodzą Luigiego Barbesino – 39-letniego trenera bez większych sukcesów, jednak w przeszłości gracza reprezentacji Włoch (1912-14). To właśnie ten niepozorny człowiek wybrany został przez prezydenta Sacerdotiego do przebudowy zespołu. Barbesino ze swego zadania wywiązywał się znakomicie, notując coroczny progres: 1933/34 – 5 miejsce, 1934/35 – 4 miejsce, 1935/36 – 2 miejsce. Ostatni sezon Barbesiniego w Rzymie (1936/37) naznaczony był ucieczką Sacerdotiego poza granice kraju oraz – w konsekwencji – wielkimi kłopotami finansowymi klubu. 10 miejsce na mecie sezonu zapowiadało nie tylko odejście Barbesiniego, ale także nadejście chudych lat dla kibiców Giallorossich. Warto także wspomnieć, że to właśnie Luigi Barbesino pozwolił na debiut w zespole Romy 16-letniemu Amedeo Amadei. Sam Barbesino zginął 20 kwietnia 1941 roku na Sycylii podczas działań wojennych. Niewiarygodne jest to, że kolejną 4-letnią ciągłość myśl szkoleniową Roma znalazła dopiero ponad 30 lat później, kiedy stery zespołu przejął Helenio Herrera.
Następcą Barbesino na trenerskiej ławce Romy został w sezonie 1937/38 Guido Ara, który na rzecz Romy porzucił współpracę z Fiorentiną. Ara legitymował się aż 7-krotnym wywalczeniem scudetto z drużyną Pro Vercelli (6 razy jako zawodnik i raz jako trener). Ten elegancki pan niezwykle cenił sobie zawodników, którzy potrafili zostawić na boisku nie tylko całe swoje serce, ale i jeszcze dać coś ze swojej wątroby – nic więc dziwnego, że w szeregach rozluźnionej drużyny rewolucja była nieunikniona. Sprzedaż zasiedziałych gwiazdorów Romy podreperowała klubowy budżet, natomiast Ara z młodych graczy potrafił stworzyć waleczny zespół, który na koniec rozgrywek zajął 6 miejsce. Rok później podopieczni Guido Ary poprawili się o jedną lokatę. Trzeci sezon Ary w roli trenera Romy (1939/40) zapowiadał się nieciekawie, bowiem z zespołu odeszło wielu doświadczonych graczy (m. in. Bernardini i Ferraris). A jednak i tym razem Ara poradził sobie doskonale, ale… nie do końca. W 25 kolejce klęska 4-0 z Torino dała sporo do myślenia prezydentowi Igino Bettiemu. Tydzień później bezbarwny, bezbramkowy remis z Fiorentiną skutkował zwolnieniem Ary, a na 4 ostatnie mecze sezonu, z myślą o przyszłych rozgrywkach, zespół przejął Alfred Schaffer – jakże sympatyczny i skromny człowiek, ale także wybitny madziarski szkoleniowiec, który w swym dorobku miał m. in. wicemistrzostwo świata z zespołem Węgier w 1938 roku oraz kilka mistrzowskich tytułów ze swoim ukochanym Ferencvarosem Budapeszt.
Dobra rada Williama Garbutt’a
Początek sezonu 1940/41 zbiegł się z przystąpieniem faszystowskich Włoch do działań wojennych, dlatego też Schaffer nie mógł liczyć na wzmocnienia. Wręcz odwrotnie – wojna wymuszała na klubach wielkie oszczędności, nie inaczej było też w Romie. Sprzedaż doświadczonych graczy oraz odejście w nienajlepszej atmosferze bramkarza Masettiego spowodowały, że zespół nie dysponował wielką siłą ognia. Przedostatnie miejsce w połowie sezonu kazało szukać szybkich i radykalnych posunięć by uratować I-ligowy byt. Schaffer przywrócił do zespołu Masettiego (wrócił z nieudanej przygody w Padovie), a do ataku przesunął 18-letniego Amedeo Amadei. Poprawa gry była widoczna niemal natychmiast. 11 pozycja na mecie sezonu pozwoliła spokojnie myśleć o przyszłości. Kiedy legendarny, pierwszy trener Romy, Wiliam Garbutt stwierdził, że Roma potrzebuje jedynie środkowego obrońcy oraz skrajnego pomocnika by skutecznie rywalizować o scudetto – wszyscy uśmiechali się z politowaniem. Tymczasem Schaffer poszedł za głosem Anglika i zmodyfikował linię obrony oraz linię pomocy w taki sposób, że rozgrywki w sezonie 1941/42 Roma rozpoczęła od mocnego uderzenia – wygranych: z Napoli, z mistrzowską Bologną i z zawsze groźnym Juventusem. Mijały tygodnie, a podopieczni Schaffera wciąż utrzymywali się na fali wznoszącej. Efektem pięknego sezonu było wywalczenie pierwszego scudetto nie tylko dla Romy, ale i dla środkowo-południowych regionów Włoch. To drużyna Schaffera przerwała wieloletnią dominację klubów z północy Italii. Jednak ponoć nic dwa razy się nie zdarza. Choć skład zespołu uległ tylko nieznacznym modyfikacjom, następny sezon (1942/43) niczym nie przypominał zwycięskiego marszu Giallorossich, którzy przy akompaniamencie militarnych wybuchów nie potrafili odnaleźć mistrzowskiej formy. Alfred Schaffer po 10 seriach spotkań uznał, że nie dla niego to niespokojne życie (ciężko przeżył nalot bombowy podczas wyjazdu pociągiem na jeden z meczów wyjazdowych) i wyemigrował do o niebo spokojniejszego Budapesztu, a potem uciekł do swojej żony do Monachium, gdzie w spokoju dożył swoich ostatnich dni (zmarł w sierpniu 1945 roku w wieku 52 lat z powodu marskości wątroby).
Sami swoi czyli ekonomia jest najważniejsza
Alfred Schaffer był ostatnim wybitnym trenerem Romy, która przez następne długie lata – z ekonomicznego punktu widzenia – nie mogła pozwolić sobie na wygórowane ambicje sportowe. Jego następcą na resztę wojennego sezonu został inny Węgier, Geza Kertesz, który w przeszłości trenował także Lazio. Kertesz zrewolucjonizował taktykę rzymian, ale wymiernych efektów nie uzyskał, choć trzeba przyznać, że sama końcówka sezonu była już naprawdę zadowalająca. Jednak zaledwie 9 miejsce na zakończenie zmagań rozczarowało wszystkich. Wraz z zakończeniem sezonu włoska federacja zawiesiła wszelkie oficjalne formy rozgrywek. Geza Kertesz zmarł kilka miesięcy wcześniej od Schaffera.
W latach 1943-45 zespół Romy uczestniczył w nieregularnych, lokalnych rozgrywkach i turniejach (najczęściej były to mistrzostwa okręgu rzymskiego), a zespół dowodzony był przez Guido Masettiego – długoletniego bramkarza Giallorossich, który postanowił zawiesić buty na kołku. Po wojnie, w październiku 1945 roku wznowiono oficjalne rozgrywki. Przez pierwsze dwa sezony trenerem stołecznej „11” był również jej były zawodnik (w latach 1927-31), Giovanni Degni. 45-letni trener nie miał łatwego zadania, bowiem drużyna z czasów scudetto praktycznie przestała istnieć, a klubowa kasa świeciła pustkami jak nigdy wcześniej. Mimo to, Degniemu udało się awansować z zespołem do finałowej serii mistrzostw (był to sezon przejściowy podzielony na dwie grupy), a w następnym roku uchronić Giallorossich przed degradacją (15 miejsce). Latem 1947 roku prezydent Romy, Baldassare ogłosił nazwisko nowego szkoleniowca - został nim kolejny Węgier, Imre Senkey, który w swojej trenerskiej karcie miał zapisane prowadzenie zespołów MTK Budapeszt oraz Fiorentiny. Węgier zafundował drużynie istne trzęsienie ziemi z wymianą ponad połowy składu oraz zmianą taktyki. Jednak efekty były mizerne – po 26 kolejkach i 8 meczach bez wygranej Baldassare pokazał Senkeyowi drzwi, a rozgrywki na trenerskiej ławce dokończył, jako grający trener, Luigi Brunella.
Wieloletni obrońca Romy w desperackiej walce uchronił zespół przed spadkiem do Serie B, zajmując ostatnią bezpieczną pozycję w tabeli. W nagrodę, po zakończeniu piłkarskiej kariery, Brunella otrzymał możliwość prowadzenia rzymskiej drużyny w następnym sezonie (1948/49). Z piasku bicza jednak nie ukręcisz – tak mówi stare ludowe porzekadło. Brak pieniędzy na wysokiej klasy zawodników powodował, że nawet najlepszy trener z graczy o bardzo przeciętnych umiejętnościach nie potrafi z miejsca stworzyć dobrego zespołu. A czasu było mało. Dodatkowo Brunella musiał przeżyć gorycz straty najlepszego zawodnika i kapitana – Amedeo Amadei, który odszedł do Interu Mediolan. Mimo tego osłabienia, zajął on z drużyną 14 miejsce, przez cały sezon plasując się w bezpiecznej strefie tabeli. Pech Brunelli polegał jednak na tym, że po tak stabilnym sezonie na czele rzymskiego klubu stanął Pier Paolo Restagno (zmieniając Baldassare), który oczywiście miał swoje własne wizje i plany budowy drużyny.
Brunella dostał wymówienie, a jego miejsce z kontraktem na 3 lata (zarobki w wysokości 175 tysięcy lirów miesięcznie) zajął uwielbiany w stolicy Włoch, wielki rozgrywający Romy lat ’30 – Fulvio Bernardini. Warto dodać, że popularnemu „Fuffo” pomagać miał w pracy inny były gracz stołecznej „11” – Renato Bodini. Bernardini z miejsca zapowiedział budowę wielkiej drużyny. Na początek zmodyfikował taktykę zorientowaną na grę dwoma defensywnymi pomocnikami i bez udziału klasycznych skrzydłowych. Nowi gracze oraz nowe boiskowe pozycje zawodników od lat pozostających w kadrze spowodował, że zespół nie był w stanie udźwignąć tak wielu nowinek taktycznych. Po 35 kolejkach wyczerpała się cierpliwość prezydenta – Roma przegrała pojedynek z ostatnią w tabeli Venezią i Bernardini przestał pełnić obowiązki trenera. Lawirującą na krawędzi spadku drużynę przejął… Luigi Brunella, który w jakże szczęśliwych okolicznościach ostatecznie pozostał z zespołem w Serie A.
Upadek, odbicie i powrót
Oczywiście Brunella po raz kolejny okazał się jedynie wyjściem awaryjnym, a jego praca znów nie została doceniona. W sezonie 1950/51 szkoleniowcem Giallorossich został 53-letni, rutynowany Adolfo Baloncieli, który wcześniej prowadził m. in. zespoły Milanu, Napoli i Sampdorii. Na nic jednak zdało się doświadczenie Balonciellego, skoro kolejny rok z rzędu pozbywano się najlepszych graczy z bardzo przecież już przeciętnego grona. 15 meczów i tylko 2 zwycięstwa oraz ostatnie miejsce w tabeli nie pozostawiały złudzeń, że Baloncielli nie jest właściwym człowiekiem dla Romy.
Stery zespołu przejął kolejny były gracz Romy, Pietro Serantoni (1936-40), który z miejsca, po dwóch kolejnych wygranych, okrzyknięty został cudotwórcą. Jednak później było już tylko gorzej – 5 kolejek przed zakończeniem sezonu sytuacja Romy nie uległa poprawie i na stanowisku trenera nastąpiła kolejna roszada. Tym razem, na zrezygnowany zespół pozytywnie miał wpłynął legendarny bramkarz Romy, Guido Masetti. Pomimo niesamowitego zwycięstwa nad mistrzowskim już Milanem w ostatniej kolejce rozgrywek, drużynę Romy dotknęła degradacja, która okazała się czasem oczyszczenia i odnowy.
Niewygodny asystent, który zdobył wicemistrzostwo
Na czele klubu stanął wszystkim dobrze znany Renato Sacerdoti, który już w latach ’30 dał się poznać jako sternik Romy z chłodną głową, ale i twardą ręką. W aspekcie szkoleniowym za powrót w szeregi Serie A odpowiadał 42-letni Giuseppe Viani (poprzednio trener Palermo, powszechnie znany pod pseudonimem Gipo), który uchodził na Półwyspie Apenińskim za trenera z odważną myślą taktyczną (od jego nazwiska – Vianema – nazwano system gry bez klasycznego środkowego napastnika, za to z maksymalnym wykorzystaniem gry na skrzydłach). Mimo tego, że bezpośredni awans miał wywalczyć jedynie mistrz Serie B, Viani zrealizował plan w 100% - zdobycie 53 punktów zapewniło jego drużynie pierwsze miejsce w tabeli. I gdy Viani przygotowywał się już ze swoim zespołem do rozgrywek jako beniaminek, otrzymał… niespodziewany cios w plecy. Roma sprowadziła duńskiego internacjonała, Helge Bronée, który Vianiemu zdrowo zalazł za skórę w Palermo, tocząc z nim nieustanne kłótnie. Stało się jasne, że obaj panowie współpracować nie będą, a że klub wybrał Duńczyka – Viani musiał pakować walizki i udał się do Bolonii.
Jego następcą został były trener Treviso, Mario Verglien – znakomity ongiś zawodnik Juventusu (spędził w turyńskim klubie aż 14 lat) oraz mistrz świata z reprezentacją Włoch z 1934 roku. W sezonie 1952/53 Roma, jako beniaminek, zajęła 6 miejsce, najlepsze od czasów zdobycia scudetto. Rola Vergliena w tym osiągnięciu nie podlegała dyskusji, jednak prezydent Sacerdoti wciąż szukał nowych rozwiązań.
W sezonie 1953/54 dokooptował Verglienowi (mimo jego stanowczego sprzeciwu) asystenta, Anglika Jesse Carvera. Verglien od samego początku źle znosił uwagi swego przymusowego „anioła stróża” i po 8 kolejkach, wyczerpany nerwowo, podał się do dymisji.
Od tej pory 42-letni Carver prowadził zespół Romy samodzielnie, kopiując wyczyn Vargliena z poprzedniego sezonu (6 lokata). Pomimo braku progresu, w sezonie 1954/55 Carver ponownie otrzymał kredyt zaufania. Stabilizacja oraz ciągłość myśli szkoleniowej wydała znakomite owoce. Roma zajęła bowiem na mecie rozgrywek niesamowite 3 miejsce, które niedługo potem – po karnej degradacji wicemistrza Udinese – zostało zamienione na 2 miejsce!. Wśród powszechnej euforii wielkim echem odbiła się rezygnacja z prowadzenia drużyny przez Carvera, który otrzymawszy propozycję prowadzenia Covetry – wrócił do swojej ojczyzny, by po roku… znaleźć się na ławce trenerskiej Lazio!
Koniec węgierskiej szkoły futbolu
Prezydent Sacerdoti przed sezonem 1955/56 postawił na trenera z Węgier, Gyorgy Sarosi’ego, który miał za sobą niebanalną karierę snajpera w Ferencvarosie Budapeszt (351 goli w 383 meczach), a w roli szkoleniowca zdobył z Juventusem tytuł mistrzowski (1952) oraz wicemistrzostwo (1953). Sarosi przybył do Włoch w 1948 roku (przed pracą w Romie zasiadał na ławkach trenerskich Bari, Lucchese, Juventusu i Genoi), uciekając przed zalewem Węgier przez komunistyczny „dobrobyt”. Niewątpliwą jego zaletą był fakt, że prowadzone przez niego zespoły zazwyczaj grały bardzo widowiskowy futbol. Niestety, jedynie 6 pozycja na koniec rozgrywek nie mogła nikogo usatysfakcjonować. Być może na braku sukcesów zaważyły liczne kontuzje czołowych piłkarzy. Natomiast na plus węgierskiego trenera na pewno należało zapisać wprowadzenie do pierwszego składu młodego Giacomo Losiego. Tymczasem Sarosi otrzymał jeszcze jedną szansę prowadzenia Romy w sezonie 1956/57. Wraz z prezydentem Sacerdotim rozpoczął przebudowę zespołu, która zakończyła się… niemalże katastrofą! Na 5 kolejek przed zakończeniem sezonu Roma była już bardzo przeciętną drużyną, a Sarosi uciekł z tonącego okrętu tłumacząc się chorobą żony. Wrócił jeszcze na krótko do Romy na 5 miesięcy by pomóc w pracy Gunnarowi Nordhalowi. Ostanie mecze w omawianym sezonie prowadził, będący zawsze pod ręką, Guido Masetti, który jednak cudów nie zwojował – po zwycięstwie nad Napoli przegrał kolejne 4 mecze i zajął z zespołem dopiero 15 miejsce. Od strefy spadkowej dzieliły Romę raptem 2 punkty.
Nieznajomość języków obcych szkodzi
Latem 1957 roku złe wspomnienia wróciły. Powolne, ale systematyczne osuwanie się wartości zespołu w hierarchii włoskiej piłki spowodowało nieustające kłótnie w zarządzie klubu, czego efektem była rezygnacja z funkcji prezydenta Renato Sacerdotiego. Jego następcą został Anacleto Gianni. Różnica zdań decydentów naturalnie źle odbiła się na zespole. W pośpiechu sprowadzono z Anglii Aleca Stocka, 40-letniego szkoleniowca bez żadnych wielkich dokonań. Już na „dzień dobry” okazało się, że Stock miał jedną wadę – kompletnie nie mówił po włosku. Dlatego też do porozumiewania się z zespołem przydzielono mu dyrektora sportowego w osobie Antonio Businiego. Tymczasem Giallorossi radzili sobie w rozgrywkach znakomicie, w 8 kolejce wygrali oni pojedynek derbowy z Lazio 3:0 i przebojem wdarli się na fotel wicelidera. Jednak 2 tygodnie później miała miejsce niecodzienna sytuacja – podczas wyjazdu do Neapolu Stock wsiadł do niewłaściwego pociągu i w efekcie dojechał na mecz z dużym opóźnieniem. Tego było za dużo – Busini miał dość prowadzenia za rękę Stocka i na San Paolo poprowadził drużynę rzymian wraz ze szwedzkim napastnikiem Gunnarem Nordahlem, który wcielił się w rolę grającego trenera. Stock usiadł na trybunach, a po meczu dano mu do zrozumienia by… wracał do Anglii. Do końca sezonu na trenerskiej ławce zasiadał duet Busini-Nordahl, meldując się na mecie sezonu ze swoim zespołem na dobrym, 5 miejscu.
Trenerskie roszady i Puchar Miast Targowych
W sezonie 1958/59 przekładaniec trenerski funkcjonował w najlepsze. Rozgrywki w roli trenerów rozpoczęła para Busini-Nordahl, po kilku tygodniach Busini złożył dymisję i Szwed prowadził zespół już samodzielnie. Ale nie na długo – prezydent Gianni uznał, że Nordahl nie jest jednak przygotowany do samodzielnej pracy z tak poważną drużyną i… znów poszukał mu mentora w osobie Gyorgy Sarosi’ego, który był już trenerem Romy 2 sezony wcześniej. Przekaz był jasny – Nordahl miał się uczyć, Sarosi miał nauczać oraz dowodzić zespołem. Jednak naiwna myśl prezydenta szybko została zweryfikowana – seria wielu słabych meczów spowodowała, że Węgier po 5 miesiącach stracił pracę, a Nordahl ponownie pracował tylko na swoje konto. Efekt przywrócenia Skandynawa na trenerską ławkę był piorunujący, bowiem jego zespół rozniósł 8:0 Napoli! A wcześniej nie mógł wygrać 11 spotkań z rzędu – przypadek? Potem były zwycięskie derby i 6 miejsce na koniec rozgrywek. To był jednak koniec Szweda w rzymskim klubie.
Latem 1959 roku w klubie pojawił się zupełnie nowy człowiek – Alfredo Foni, który rok wcześniej zakończył swoją 4-letnią pracę z reprezentacją Włoch, a jeszcze wcześniej zdobywał tytuły mistrzowskie z zespołem Interu Mediolan. A zatem był to człowiek kompetentny i doświadczony, z dojrzałą myślą techniczną oraz taktyczną. Foni od samego początku chciał wprowadzić jasne reguły oraz twardą dyscyplinę, jednak nie miał ku temu odpowiedniej osobowości. Rozbawiony zespół nie był zachwycony nowymi zasadami i próbował nawet szantażować trenera – w imię zbyt radykalnych zmian opaskę kapitana na ręce Foniego złożył pierwszy wybitny wychowanek Romy, Egidio Guarnacci. Ten symboliczny protest zbytnio jednak nie wzruszył Foniego, który miał już swojego faworyta by zastąpić Guarnacciego. Kapitanem zespołu został zaledwie 24-letni, ale niezwykle pracowity i zdyscyplinowany Giacomo Losi. Pierwszy sezon Foniego na ławce trenerskiej Romy był przejściowy, zmiana mentalności graczy nie była wcale taką łatwą sprawą. Sezon 1959/60 rzymianie zakończyli jako ligowy średniak, na 9 miejscu.
Kolejny (1960/61) przyniósł zmianę taktyki zespołu na bardziej ofensywną, z parą napastników Manfredini-Lojacono. Odeszli też gracze, którzy nadal cenili bardziej „dolce vita” nad swoje obowiązki. Rozgrywki Serie A dostarczyły fanom wielu emocji, jednak z zapowiadanej walki o scudetto nic nie wyszło – zespół zajął 5 miejsce, natomiast niewątpliwym sukcesem było dotarcie do samego finału Pucharu Miast Targowych. Jednak na rozegranie finałowego dwumeczu zabrakło już czasu i przełożono je na… początek następnego sezonu!
Tymczasem, po 2 latach, czas Foniego w Rzymie już się wypełnił. Zastąpił go renomowany Argentyńczyk, Luis Carniglia, który kilka lat wcześniej z Realem Madryt wywalczył dwukrotnie Puchar Europy Mistrzów Krajowych. Zatem Carniglia wiedział jak wygrywać finałowe boje i doskonale poradził sobie w roli opiekuna Romy. Wygrywając z zespołem Birmingham finałowe boje, rzymianie zdobyli Puchar Miast Targowych – swoje pierwsze i jak na razie ostatnie europejskie trofeum. Tymczasem w lidze Giallorossi mieli oczywiście ambitne plany, jednak znów skończyło się na 5 miejscu.
Laziale na ławce Romy
Sezon 1962/63 rozpoczął się od eskalacji konfliktu na linii Carniglia-Manfredini (najlepszy strzelec zespołu), co przy braku zadowalających wyników skutkowało zwolnieniem argentyńskiego szkoleniowca po 7 kolejkach. Na gorący trenerski stołek wrócił Alfredo Foni, który od razu śmiało postawił na Manfrediniego w meczu w Palermo, a tamten odwdzięczył mu się zdobyciem 3 goli! Jednak sezon zakończył się dla Romy znów 5 miejscem. W planach prezydenta Romy, Francesco Mariny-Dettiny to Foni miał prowadzić zespół w następnym sezonie, jednak wobec wielkich kłopotów finansowych i zakupu Angelo Sormaniego (zwanego białym Pele), włodarze Romy rozprzedali pół drużyny. Foni wytrzymał w sezonie 1963/64 zaledwie 8 meczów ligowych i składając dymisję, zostawił zdekompletowany zespół na 13 miejscu w tabeli. Kryzysu nie opanował naprędce sprowadzony z Hiszpanii 50-letni Luis Miro, w którego CV widniały wzmianki o prowadzeniu Barcelony, Olympique Marsylia, czy też Valencii. Zaledwie 12 miejsce na koniec rozgrywek było równoznaczne z jego powrotem na Półwysep Iberyjski i nie pomogło dotarcie do finału Pucharu Włoch. W tych finałowych meczach, rozegranych już w sezonie 1964/65, zespół Romy prowadził Argentyńczyk, Juan Carlos Lorenzo – były selekcjoner reprezentacji. Nieufność kibiców do nowego trenera była ogromna, ponieważ poprzednie dwa lata Lorenzo spędził na ławce Lazio, wprowadzając derbowych rywali do Serie A. Dodatkowo Argentyńczyk znany był z dziwnych metod treningowych, ignorowania zasad i powszechnie przyjętych norm, bazując w dużej mierze na własnym widzimisię. Lorenzo zdobył z Romą pierwszy w jej historii Puchar Włoch po zaciętych bojach z drużyną Torino, jednak w lidze wiodło mu się już bardzo przeciętnie. Koniec sezonu zastał jego drużynę na 10 miejscu w tabeli, natomiast obrona włoskiego Pucharu zakończyła się na etapie półfinałów (porażka z Interem). Jednak Lorenzo został zapamiętany w Rzymie głównie z jednego, wstydliwego faktu. Pod koniec roku 1964, w teatrze Sistina zwołał swoją drużynę i zaprosił kibiców. Potem wystąpił na scenie prosząc o datki na zespół, który nie ma funduszy na dalszą grę w Serie A. Już do końca sezonu piłkarze Romy znajdywali na murawach obcych stadionów monety szyderczo rzucane przez kibiców rywali. Co logiczne, niezbyt szanowany w rzymskim środowisku trener wraz z końcem sezonu opuścił stolicę Włoch udając się do swojej ojczyzny (później jeszcze dwukrotnie obejmował drużynę Lazio).
Era Magów
Przed sezonem 1965/66 w Romie nastąpiły spore zmiany. Nowy prezydent Franco Evangelisti wybrał nowego trenera, którym został 42-letni Oronzo Pugliese. Wystarczającą rekomendacją do 4-letniego zatrudnienia Pugliese był fakt awansu z zespołem Foggii z Serie C do Serie A oraz prowadzenie tej przeciętnej drużyny w najwyższej klasie rozgrywkowej z wielkim wyczuciem (9 lokata). Pugliese na Półwyspie Apeniński zyskał przydomek „Maga z Turi”, lub też „Anty-Maga”, a wszystko dzięki wygranej nad zespołem Interu prowadzonym wówczas przez Helenio Herrerę, zwanym powszechnie… „Magiem”. Pugliese z Romą jednak cudów nie zwojował, zajmując w pierwszym sezonie w stolicy Włoch 8 lokatę, a największą satysfakcją dla kibiców Romy był fakt – a jakże - pokonania znakomitego zespołu Interu dowodzonego oczywiście przez Herrerę. Rok później (1966/67) było nieco gorzej – 10 miejsce, natomiast w trzecim sezonie (1967/68), który miał być przełomowy, jego zespół powtórzył zaledwie 10 pozycję. Nic więc dziwnego, że współpraca Pugliese z Romą została zerwana rok przed zakończeniem obowiązującego kontraktu.
Tymczasem na scenę Giallorossich wszedł pierwszy „Mag”, Helenio Herrera. Skonfliktowany z władzami Interu uciekł do Rzymu i z miejsca zaczął snuć mocarstwowe plany o zdobyciu scudetto, a może i czegoś więcej. Nic więc dziwnego, że wygłodniali sukcesów kibice przyjęli go entuzjastycznie. Pierwszą decyzją HH była gra w kompletnie białym kolorze strojów, w których rzymianie mieli rozgrywać wszystkie mecze – bez zważania na długoletnią tradycję (ponoć ze względu na najlepszy kontrast i widoczność na boisku). Pierwszy sezon Herrery w Romie (1968/69) okraszony został zdobyciem Pucharu Włoch, ale także niewytłumaczalną śmiercią młodego i utalentowanego napastnika Romy, Giuliano Taccoli, przy której Herrera miał niewątpliwie swój udział. Rozczarowaniem z pewnością było natomiast 8 miejsce na zakończenie rywalizacji Serie A. Jednak hiszpańsko-argentyński trener, uspokajając kibiców, znów snuł mocarstwowe plany, stawiając w sezonie 1969/70 piłkarzom Romy jako cel zdobycie Pucharu Włoch lub Pucharu Zdobywców Pucharów. Oczywiście z bogatych planów nic nie wyszło – turniej o Puchar Włoch rzymianie zakończyli na etapie ćwierćfinałów, z kolei w Europie czerwone światło w półfinale rozgrywek postawił Giallorossim Górnik Zabrze. Gorycz nieudanego sezonu potęgowała zaledwie 11 pozycja w tabeli Serie A. I doprawdy trudno domyśleć się jakich argumentów użył Herrera w rozmowie z prezydentem Alvaro Marchinim, zachowując swoją posadę na sezon 1970/71. Tracąc trójkę swoich graczy Capello-Landini-Spinosi (sprzedaną w pakiecie do Juventusu), miał oczywiście gotową wymówkę na ewentualny brak sukcesów. A na takowe wcale się nie zanosiło – jego zespół szybko pożegnał się z Pucharem Włoch (porażka w ćwierćfinale z Torino), natomiast w zmaganiach ligowych Giallorossi prezentowali bardzo zachowawczy styl gry, remisując aż 18 meczów (w tym 10 jako 0:0). Po wygranej w 24 kolejce w Cagliari, Herrera poczuł się jednak tak mocno, że wypalił bez ogródek: „scudetto Romy z 1942 roku zostało zdobyte przy wydatnej pomocy Benito Mussoliniego”. Marchini od razu zwolnił Herrerę, a rozgrywki dokończył Luciano Tessari (bramkarz Romy z lat ’50 minionego wieku). Ostatecznie zespół zajął w Serie A 6 lokatę – najwyższą w dokonaniach Herrery.
I gdy wydawało się, że HH w Rzymie nie ma już czego szukać, latem 1971 roku nastąpił nieoczekiwany zwrot wydarzeń. Z funkcji prezydenta Romy zrezygnował sfrustrowany zachowaniem kibiców Marchini. Jego następcą został Gaetano Anzalone, który… natychmiast przywrócił Herrerę na stanowisko trenera Romy (wciąż miał ważny kontrakt z klubem). W Serie A bez wzmocnień Roma znów musiała zadowolić się rolą średniaka (7 miejsce). Warto jednak dodać, że w kwietniu Herrera odsunął ligę na dalszy plan by móc zespół przygotować do podrzędnego turnieju o Puchar Anglo-Włoski (Torneo Anglo-Italiano). Ostatecznie Giallorossi wygrali turniej, a głód sukcesów rzymskich kibiców spowodował, że w Rzymie zapanowała euforia jak po zdobyciu mistrzostwa Włoch! Przed sezonem 1972/73 Herrera znów otrzymał od Anzalone mandat na prowadzenie drużyny. Już po raz piąty zresztą, co było najlepszym wynikiem w historii trenerów Romy. Odmłodzona kadra, choć pechowo odpadła z rozgrywek o Puchar Włoch, całkiem dobrze rozpoczęła rozgrywki ligowe (fotel lidera po 4 kolejkach), jednak burdy na Stadio Olimpico po przegranym meczu z Interem sprawiły, że wszystko posypało się jak domek z kart. W 24 kolejce Roma, po żenująco słabej grze, zremisowała bezbramkowo z ostatnią drużyną w tabeli. Herrera przestał panować nad zespołem i Anzalone zmuszony był do jego zdymisjonowania. Sezon dokończył ówczesny opiekun zespołu Primavery – 35-letni Antonio Trebiciani, który rzutem na taśmę uratował dla Romy pierwszoligowy byt, a zapamiętano mu umożliwienie debiutu w Serie A młodemu Agostino Di Bartolomei.
Włoska filozofia i szwedzka medycyna
Przed sezonem 1973/74 prezydent Anzalone długo rozmyślał o zatrudnieniu odpowiedniego człowieka na ławkę trenerską rzymian. Myślał, myślał i ostatecznie wybrał źle, choć postawienie na Manlio Scopigno (byłego opiekuna Cagliari, który zdobył z tą drużyną niespodziewanie scudetto) wydawało się bardzo logiczną decyzją. Ostrzeżeniem dla wszystkich były przegrane z kretesem eliminacje Pucharu Włoch (zaledwie 4 miejsce w grupie). Liga szybko potwierdziła pesymistyczne perspektywy – po 6 kolejkach rzymianie znajdowali się tuż nad strefą spadkową i… nieprzyzwyczajony do wielkiej presji Scopigno (nazywany w Italii „Filozofem”) nie wytrzymał ciśnienia. Na ręce Anzalone złożył on rezygnację z prowadzenia drużyny.
Już kilka godzin później trenerem został mianowany Szwed Nils Liedholm – człowiek bardzo wyrafinowany i uprzejmy, który kiedyś powiedział swemu rozżalonemu ojcu, że jedzie do Włoch tylko na rok, a pozostał tam już na zawsze. Liedholm od razu wziął się do systematycznej pracy. Po kilku meczach Giallorossi sięgnęli w tabeli dna, lecz potem nastąpiło mocne odbicie i zakończenie rozgrywek na bardzo przyzwoitym, 8 miejscu. Rzecz jasna, Liedholm bez żadnych warunków otrzymał od prezydenta Romy błogosławieństwo na sezon 1974/75. Liedholm sprowadził z Fiorentiny swojego asa, wychowanka Romy, Giancarlo De Sistiego, który w roli rozgrywającego poprowadził Romę do 3 miejsca w Serie A! Warto także odnotować 3 zwycięstwa w derbach Rzymu (wcześniej od 8 spotkań Giallorossi nie mogli wykazać wyższości nad lokalnym rywalem). Liedholm jawił się jako doskonały lekarz, który uzdrowił drużynę z lęków, braku koncentracji oraz nonszalancji. Jednak w sezonie 1975/76 popularny „Baron” nie powtórzył sukcesu z zespołem, zajmując dopiero 10 lokatę (zawodnicy nie wytrzymali dodatkowych obciążeń związanych z rozgrywaniem meczów w europejskim pucharze). Sezon 1976/77 był już czwartym rokiem pracy Liedholma w Romie, który tym razem podjął się zadania przebudowy drużyny, odważnie stawiając na młodzież ( m. in. Bruno Contiego i Agostino Di Bartolomei). Efekt? Bez rewelacji - 8 miejsce, lecz szwedzki trener zasiał wiele dobrych ziaren w zespole, który w niedalekiej przyszłości miał wydać wspaniałe owoce. Lecz, póki co, Liedholm i Anzalone musieli od siebie odpocząć.
Bez Liedholma ani rusz
W sezonie 1977/78 nowym szkoleniowcem Giallorossich został Gustavo Giagnoni, 45-letni człowiek bez większych sukcesów w swojej dotychczasowej pracy (największym i chyba jedynym było 3 miejsce w roku 1972 osiągnięte z zespołem Torino). Jednak Anzalone wierzył w zaproponowany przez niego projekt budowy drużyny i pozwolił Giagnoniemu spokojnie pracować. Przeciętny sezon w wykonaniu Romy nie otworzył prezydentowi Anzalone oczu i także w rozgrywkach 1978/79 powierzył zespół Giagnoniemu. Jak się niedługo okazało, był to kardynalny błąd, bowiem trener zaledwie po 6 meczach musiał zostać zdymisjonowany w dramatycznych okolicznościach (porażka na Olimpico z Torino i wielki gniew kibiców, którego jednym z efektów był uraz głowy Giagnoniego po uderzeniu kamieniem).
Zespół zajmował przedostatnie miejsce w tabeli i na ratunek Anzalone wezwał 59-letniego Feruccio Valcareggiego – byłego szkoleniowca kadry narodowej Włoch w latach ’60 i 70’ (za jego 8-letniej kadencji „Squadra Azzurra” przegrała zaledwie 8 spotkań). Valcareggi zapowiadał poważne rozmowy z drużyną by zrozumieć dręczące ją problemy. Pierwszą oznaką poprawy sytuacji było zwycięstwo nad Juventusem, lecz do końca rozgrywek rzymianie musieli już drżeć o swój ligowy byt (ostatecznie zajęli 12 miejsce).
To był sądny sezon – pracę stracił Giagnoni, natomiast będący na kolanach Anzalone ze łzami w oczach oddał klub w ręce Dino Violi. A ten wiedział już jak przywrócić drużynie Romy dumę i zwycięską mentalność. Pierwotnie trenerem na sezon 1979/80 miał zostać Fulvio Bernardini (tytuły mistrzowskie z Fiorentiną i Bologną), w którego rzemiośle piłkarskim od wielu lat zakochany był nowy sternik Romy. Jednak tak dwie wielkie osobowości nie potrafiły dojść do porozumienia i trenerem Romy – po dwóch latach przerwy i zdobyciu scudetto z Milanem – został ponownie Nils Liedholm. Rozpoczęła się złota era dla stołecznego klubu. Liedholm, znający już rzymskie środowisko oraz wytwarzaną przez zeń presję, wiedział jak się zachowywać i co mówić. Przede wszystkim, aż do momentu odzyskania przez zespół wiary we własne umiejętności, zdjął z zawodników ciężar odpowiedzialności za wyniki precyzując opinii publicznej, jakie powinna mieć oczekiwania. W czerwcu 1980 roku podopieczni Barona zameldowali się na mecie sezonu na 7 pozycji (zgodnie z oczekiwaniami Szweda), jednak znakomitym otwarciem drugiej części jego pracy w Rzymie było zdobycie Pucharu Włoch po dramatycznym boju z Torino. W sezonie 1980/81 to była już inna Roma – natchniona, pewna siebie i żądna wygranych. Zespół, oczywiście prowadzony przez Liedholma, otarł się o scudetto i obronił Puchar Włoch. Trzecia lokata w sezonie 1981/82 została przyjęta – o zgrozo – jak porażka, dlatego też Liedholm i Viola postanowili podnieść jeszcze bardziej poziom drużyny. Latem 1982 roku do Rzymu przyjechali tacy gracze jak Vierchowod, Maldera czy Prohaska. Asem w talii Szweda okazał się Di Bartolomei, którego Liedholm przesunął na pozycję grającego tuż przed bramkarzem libero, co dało znakomite efekty. Po 41 latach Roma znów zdobyła mistrzostwo Włoch. Jednak udany podbój Italii nie satysfakcjonował nikogo, dlatego też w sezonie 1983/84 Baron szykował swoją drużynę na podbój Europy. I tu wszystko układało się doskonale, jednak w finale z Liverpoolem decydowały jedenastki, które rzymianie wykonywali bez szczęścia. Uwikłani w europejskie pojedynki Giallorossi zajęli „tylko” 2 miejsce w Serie A, jednak zdobyli po raz kolejny (3 za kadencji Liedholma i 5 ogólnie) Puchar Włoch. Szwedzki trener zdobył trofeum i pożegnał się z fanami Romy, zabierając do Milanu jej kapitana, Agostino Di Bartolomei.
Kiepski „Cla-ksson”, srebrny Eriksson
Jednak szwedzka myśl szkoleniowa była kontynuowana. Nowym szkoleniowcem stołecznej „11” w sezonie 1984/85 został zaledwie 36-letni trener Benfiki Lizbona, Sven Goran Eriksson. Nieco ponad rok wcześniej, dowodzona przez nieopierzonego Szweda Benfica udzieliła Romie srogiej nauki w ćwierćfinale Pucharu UEFA. Dino Viola takich lekcji nie zapominał i – kiedy nadarzyła się okazja – zatrudnił tak zdolnego trenera w swoim królestwie. I nie przeszkadzało mu nawet to, że Eriksson nie posiadał odpowiednich dokumentów, które pozwalałyby mu zasiąść na ławce trenerskiej Romy. Rozwiązaniem był asystent Szweda w osobie Roberto Clagluny, który pełnił obowiązki pierwszego trenera w czasie meczów (kibice ten trenerski tandem nazwali… Cla-ksson). Pierwsze 12 miesięcy Erikssona w Rzymie nikogo na kolana nie rzuciło – zaledwie 7 lokata w Serie A, a także brak sukcesów w innych rozgrywkach było skutkiem przebudowy drużyny. Efekty nadeszły w sezonie 1985/86, a w zasadzie w drugiej jego połowie, kiedy to rzymianie odrobili 8-punktową stratę do Juventusu. Niestety, marzenia o scudetto prysły jak bańka mydlana po szokującej przegranej na Stadio Olimpico ze zdegradowanym już Lecce. Wicemistrzostwo oraz zdobycie Pucharu Włoch były jednak wynikami nie do pogardzenia i Eriksson otrzymał szansę w kolejnym sezonie (1986/87). Fotel wicelidera po 23 kolejkach (3 punkty straty do Napoli) był jednak szczytem możliwości zespołu – później rozpoczęła się ostra jazda po pochylni. Kluczem do załamania formy był rozłam w szatni drużyny. Ostatecznie Eriksson został zwolniony z funkcji trenera po miażdżącej porażce z Milanem 4:1 (28 kolejka), a w dwóch ostatnich meczach rozgrywek (także przegranych) zespół prowadził asystent Szweda, Angelo Sormani (ex gracz Romy w sezonie 1963/64). Giallorossi zakończyli sezon na 7 pozycji, co tym razem było ewidentną porażką.
Z odsieczą znów przybył Nils Liedholm, który po raz trzeci związał się z trenerską ławką Romy. W sezonie 1987/88 magia znów zadziałała – rzymianie po pięknym sezonie uplasowali się na 3 pozycji w Serie A. Niestety, w rozgrywkach 1988/89 nie było już tak dobrze, a zazwyczaj zrównoważony Dino Viola nie wytrzymał nerwowo po kompromitującej porażce 1:3 na Stadio Olimpico z Pescarą i odebrał Liedholmowi prawa do prowadzenia zespołu. Ale tylko na… 4 kolejki (wtedy zespół prowadził były gracz Romy, Luciano Spinosi) i po 22 kolejce szwedzki szkoleniowiec ponownie objął stery Romy, doprowadzając zespół do końca sezonu na rozczarowującym, 8 miejscu. W taki oto sposób dobiegła końca szwedzka era (nie licząc jeszcze małego epizodu Liedholma) w historii Romy.