Aktualnie na stronie przebywa 39 gości oraz 0 użytkowników!
- AS Roma
- Historia
- Rozgrywki
- Publicystyka
- Statystyki
- Serwis
Romie potrzebny był cesarz, aby pozbyła się swoich koszmarów. Potrzeba było José Mourinho, aby za jednym zamachem odwołać 30 lat i sprowadzić Romę z powrotem do gry w europejskim finale, czwartym w swojej historii, aby przywrócić pierwotny stan miastu znieczulonym przeciętnością, sfrustrowanym oczekiwaniami, logiką umiejscowienia, pragnieniem gonienia za iluzją. Wziął się za to: wykrzyczał miastu w twarz, ale przede wszystkim zwrócił się do piłkarzy, że skończy się czas rozliczeń.
Dotarcie do finału zajęło mu dokładnie dwanaście miesięcy od tego szokującego popołudnia, w którym został ogłoszony jako nowy trener Romy. I to nie przypadek, że podczas rzymskiej nocy przeciwko Leicester, na marzycielskim i barwnym Olimpico, bilet na finał Ligi Konferencji w Tiranie 25 maja przystemplował Tammy Abraham, jego największy ulubieniec pośród graczy Romy: rozpieszczał go już od czasów akademii młodzieżowych jako menedżer Chelsea, podążał za nim jako widz będąc zainteresowanym gdy pracował w United i Tottenhamie, zadzwonił do niego latem: „Cóż, na co czekasz? Nie jesteś zmęczony oglądaniem tego, jak inni grają?”.
„To jest dla nas jak Liga Mistrzów dla Realu czy Liverpoolu”, mówi Mourinho, „historia Romy jest pełna cierpienia”. Ale egzorcyzm jest zakończony. Klątwa przegranych półfinałów rozpada się tak samo, jak ta, która zamieniała marzenia w koszmary z Liverpoolem i United. Mourinho nie szukał klucza do ponownego otwarcia zakurzonej gabloty po 14 latach oczekiwania w Trigorii. Postanowił nią potrząsnąć, kosztem zniszczenia wszystkiego. Pozostaje tylko to, co kiedyś doprowadzało Romę do miejsca, w którym jest dzisiaj.
90 minut po triumfie, którego brakowało od 14 lat: ostatni, włoski puchar i żeby było jasne, ile epok geologicznych minęło, wystarczy powiedzieć, że prezydentem był Franco Sensi, Spalletti i Totti byli nadal przyjaciółmi. Ranieri - poruszony na trybunach aplauzem od kibiców obu zespołów- nie tylko nigdy nie trenował Leicester, ale nigdy nie prowadził Romy. Noc marzeń i puchary: 25 maja Roma zmierzy się z Feyenoordem o swoje pierwsze europejskie trofeum od 1961 roku.
Komentarze (11)
Jesteśmy w finale pucharu drużyn 3 kategorii, oczywiście fajnie jest włożyć coś do gabloty, ale aż takie gloryfikowanie za po prostu pokonywanie europejskich leszczy - bo umówmy się, jedynym poważnym zespołem było Leicester - jest trochę przesadą, to nasz obowiązek przy skali i potencjale występujących w rozgrywkach drużyn.
Widać w Rzymie renesans jeśli chodzi o poczucie tożsamości i faktycznie kibice bardzo pozytywnie odebrali zatrudnienie Mou i chłop ma 100% poparcia wśród kibiców + mega wsparcie i doping, czy idzie czy nie, to jest bardzo budujące i daje nadzieję na lepsze jutro.
Jednakże udziela się to też dziennikarzom i to nadmierne gloryfikowanie czy przywoływanie finałów sprzed lat w obliczu ligi konferencji to trochę przesada, dla mnie osobiście dużo więcej był wart chociażby półfinał z LFC, bo tam się mierzysz z światowa czołówka i jesteś w czwórce najlepszych drużyn globu, a tutaj jednak jesteś najlepszy spośród conajwyzej sredniakow europejskich.
Nawet za tego nieszczesnego Maslaka bylismy w 1/2 LE, więc nie jest tak, że Mou nagle drużynę nam zrobił, jak z co niektórych artykułów wynika. Owszem, przyszył chłopakom z powrotem jaja, która nam kilka lat temu ktoś zaczął odczepiać, ale wynikowo to nie jest jeszcze poziom, za który Mou należy na rękach nosić, musi nas wprowadzić znowu do LM w przyszłym roku i będzie wtedy faktycznie progres realny.
Także brawo chłopaki, brawo Mou, ale nie popadajmy też w skrajne emocje, jesteśmy Roma, a nie (z całym szacunkiem) jakieś Bodo, żeby z finału LK robić życiowy sukces.
Zrozumcie w końcu, że my od kilkunastu lat nie mieliśmy pucharu a finał o puchar europejski to mój tata pamięta...nikt nie przyjdzie i nagle nie wygra nam Serie A i LM bo to nie realne. Sukces buduje się małymi krokami i jednym z nich będzie wygranie LK. Jak to przegramy to będzie mega lipa
Porównując drużyny, które startują w LE i LK, to jednak ta pierwsza ma trochę większy potencjał, nie mówię że o wiele, ale startują tam lepsze zespoły. 1/2 i finał to już zbliżony poziom akurat w tym sezonie, ale rok temu np. miałeś tam Villareal, Arsenal, Romę i United w 1/2.
Fajnie zagrać w finale, ja tego nie neguję, widzę tylko trochę przesadzone reakcje moim zdaniem. Można się odwoływać do Slovana, a można do LFC, jeśli zakładamy, że Roma to drużyna o ambicjach bliżej tego pierwszego to faktycznie mamy ogromny sukces, że ogrywamy Boda, Vitesse czy Leicester, drużyny z których jedną byśmy mogli w fazie grupowej LM spotkać.
Czy jak stworzą jeszcze kolejne puchary dla drużyn 8-9 albo 10-11, to będziemy nosić na rękach za wygrane finały z Rayo albo Lorient?
Ale ok, nie psuje fiesty, wyszedłem na poczatku rozgrywek z założenia, że jesli nie trafimy na Tottenham po drodze, to 1/2 lub final tych rozgrywek przy takich drużynach powinien byc obowiazkiem, zwlaszcza po tym jak sie drabinka ulozyla, a nie wielkim historycznym sukcesem, ale moze za surowy jestem.
po 2) jakbyśmy wygrali to jednak wątpię aby ktoś narzekał bo niby czemu ?
końcu woźny w Romie będzie musiał znaleźć zardzewiale klucze do gabloty i wytrzeć z niej kurze. Krótko mówiąc lepszy jakiś sukces - i to europejski puchar- niż ta posucha co jest od lat
Zgodzę się też ze na poziomie półfinałów LK to podobny poziom co LE.
Oczywiście lepiej byłoby nie wygrać w tym pucharze a zając 4 miejsce w lidze ale jak się nie ma co się lubi trzeba lubić co się ma
FORZA ROMA