Aktualnie na stronie przebywa 65 gości oraz 0 użytkowników!
- AS Roma
- Historia
- Rozgrywki
- Publicystyka
- Statystyki
- Serwis
Przedstawiamy dziś drugą część opisującą losy trenerów, którzy prowadzili zespół Romy.
Sami swoi czyli ekonomia jest najważniejsza
Alfred Schaffer był ostatnim wybitnym trenerem Romy, która przez następne długie lata – z ekonomicznego punktu widzenia – nie mogła pozwolić sobie na wygórowane ambicje sportowe. Jego następcą na resztę wojennego sezonu został inny Węgier, Geza Kertesz, który w przeszłości trenował także Lazio. Kertesz zrewolucjonizował taktykę rzymian, ale wymiernych efektów nie uzyskał, choć trzeba przyznać, że sama końcówka sezonu była już naprawdę zadowalająca. Jednak zaledwie 9 miejsce na zakończenie zmagań rozczarowało wszystkich. Wraz z zakończeniem sezonu włoska federacja zawiesiła wszelkie oficjalne formy rozgrywek. Geza Kertesz zmarł kilka miesięcy wcześniej od Schaffera.
W latach 1943-45 zespół Romy uczestniczył w nieregularnych, lokalnych rozgrywkach i turniejach (najczęściej były to mistrzostwa okręgu rzymskiego), a zespół dowodzony był przez Guido Masettiego – długoletniego bramkarza Giallorossich, który postanowił zawiesić buty na kołku. Po wojnie, w październiku 1945 roku wznowiono oficjalne rozgrywki. Przez pierwsze dwa sezony trenerem stołecznej „11” był również jej były zawodnik (w latach 1927-31), Giovanni Degni. 45-letni trener nie miał łatwego zadania, bowiem drużyna z czasów scudetto praktycznie przestała istnieć, a klubowa kasa świeciła pustkami jak nigdy wcześniej. Mimo to, Degniemu udało się awansować z zespołem do finałowej serii mistrzostw (był to sezon przejściowy podzielony na dwie grupy), a w następnym roku uchronić Giallorossich przed degradacją (15 miejsce). Latem 1947 roku prezydent Romy, Baldassare ogłosił nazwisko nowego szkoleniowca - został nim kolejny Węgier, Imre Senkey, który w swojej trenerskiej karcie miał zapisane prowadzenie zespołów MTK Budapeszt oraz Fiorentiny. Węgier zafundował drużynie istne trzęsienie ziemi z wymianą ponad połowy składu oraz zmianą taktyki. Jednak efekty były mizerne – po 26 kolejkach i 8 meczach bez wygranej Baldassare pokazał Senkeyowi drzwi, a rozgrywki na trenerskiej ławce dokończył, jako grający trener, Luigi Brunella.
Wieloletni obrońca Romy w desperackiej walce uchronił zespół przed spadkiem do Serie B, zajmując ostatnią bezpieczną pozycję w tabeli. W nagrodę, po zakończeniu piłkarskiej kariery, Brunella otrzymał możliwość prowadzenia rzymskiej drużyny w następnym sezonie (1948/49). Z piasku bicza jednak nie ukręcisz – tak mówi stare ludowe porzekadło. Brak pieniędzy na wysokiej klasy zawodników powodował, że nawet najlepszy trener z graczy o bardzo przeciętnych umiejętnościach nie potrafi z miejsca stworzyć dobrego zespołu. A czasu było mało. Dodatkowo Brunella musiał przeżyć gorycz straty najlepszego zawodnika i kapitana – Amedeo Amadei, który oczywiście z powodów finansowych odszedł do Interu Mediolan. Mimo tego osłabienia, zajął on z drużyną 14 miejsce, przez cały sezon plasując się w bezpiecznej strefie tabeli. Pech Brunelli polegał jednak na tym, że po tak stabilnym sezonie na czele rzymskiego klubu stanął Pier Paolo Restagno (zmieniając Baldassare), który oczywiście miał swoje własne wizje i plany budowy drużyny. Brunella dostał wymówienie, a jego miejsce z kontraktem na 3 lata (zarobki w wysokości 175 tysięcy lirów miesięcznie) zajął uwielbiany w stolicy Włoch, wielki rozgrywający Romy lat ’30 – Fulvio Bernardini. Warto dodać, że popularnemu „Fuffo” pomagać miał w pracy inny były gracz stołecznej „11” – Renato Bodini. Bernardini z miejsca zapowiedział budowę wielkiej drużyny. Na początek zmodyfikował taktykę zorientowaną na grę dwoma defensywnymi pomocnikami i bez udziału klasycznych skrzydłowych. Nowi gracze oraz nowe boiskowe pozycje zawodników od lat pozostających w kadrze spowodował, że zespół nie był w stanie udźwignąć tak wielu nowinek taktycznych. Po 35 kolejkach wyczerpała się cierpliwość prezydenta – Roma przegrała pojedynek z ostatnią w tabeli Venezią i Bernardini przestał pełnić obowiązki trenera. Lawirującą na krawędzi spadku drużynę przejął… Luigi Brunella, który w jakże szczęśliwych okolicznościach ostatecznie pozostał z zespołem w Serie A.
Upadek, odbicie i powrót
Oczywiście Brunella po raz kolejny okazał się jedynie wyjściem awaryjnym, a jego praca znów nie została doceniona. W sezonie 1950/51 szkoleniowcem Giallorossich został 53-letni, rutynowany Adolfo Baloncieli, który wcześniej prowadził m. in. zespoły Milanu, Napoli i Sampdorii. Na nic jednak zdało się doświadczenie Balonciellego, skoro kolejny rok z rzędu pozbywano się najlepszych graczy z bardzo przecież już przeciętnego grona. 15 meczów i tylko 2 zwycięstwa oraz ostatnie miejsce w tabeli nie pozostawiały złudzeń, że Baloncielli nie jest właściwym człowiekiem dla Romy. Stery zespołu przejął kolejny były gracz Romy, Pietro Serantoni (1936-40), który z miejsca, po dwóch kolejnych wygranych, okrzyknięty został cudotwórcą. Jednak później było już tylko gorzej – 5 kolejek przed zakończeniem sezonu sytuacja Romy nie uległa poprawie i na stanowisku trenera nastąpiła kolejna roszada. Tym razem, na zrezygnowany zespół pozytywnie miał wpłynął legendarny bramkarz Romy, Guido Masetti. Pomimo niesamowitego zwycięstwa nad mistrzowskim już Milanem w ostatniej kolejce rozgrywek, drużynę Romy dotknęła degradacja, która okazała się czasem oczyszczenia i odnowy.
Niewygodny asystent, który zdobył wicemistrzostwo
Na czele klubu stanął wszystkim dobrze znany Renato Sacerdoti, który już w latach ’30 dał się poznać jako sternik Romy z chłodną głową, ale i twardą ręką. W aspekcie szkoleniowym za powrót w szeregi Serie A odpowiadał 42-letni Giuseppe Viani (poprzednio trener Palermo, powszechnie znany pod pseudonimem Gipo), który uchodził na Półwyspie Apenińskim za trenera z odważną myślą taktyczną (od jego nazwiska – Vianema – nazwano system gry bez klasycznego środkowego napastnika, za to z maksymalnym wykorzystaniem gry na skrzydłach). Mimo tego, że bezpośredni awans miał wywalczyć jedynie mistrz Serie B, Viani zrealizował plan w 100% - zdobycie 53 punktów zapewniło jego drużynie pierwsze miejsce w tabeli. I gdy Viani przygotowywał się już ze swoim zespołem do rozgrywek jako beniaminek, otrzymał… niespodziewany cios w plecy. Roma sprowadziła duńskiego internacjonała, Helge Bronée, który Vianiemu zdrowo zalazł za skórę w Palermo, tocząc z nim nieustanne kłótnie. Stało się jasne, że obaj panowie współpracować nie będą, a że klub wybrał Duńczyka – Viani musiał pakować walizki i udał się do Bolonii. Jego następcą został były trener Treviso, Mario Verglien – znakomity ongiś zawodnik Juventusu (spędził w turyńskim klubie aż 14 lat) oraz mistrz świata z reprezentacją Włoch z 1934 roku. W sezonie 1952/53 Roma, jako beniaminek, zajęła 6 miejsce, najlepsze od czasów zdobycia scudetto. Rola Vergliena w tym osiągnięciu nie podlegała dyskusji, jednak prezydent Sacerdoti wciąż szukał nowych rozwiązań.
W sezonie 1953/54 dokooptował Verglienowi (mimo jego stanowczego sprzeciwu) asystenta, Anglika Jesse Carvera. Verglien od samego początku źle znosił uwagi swego przymusowego „anioła stróża” i po 8 kolejkach, wyczerpany nerwowo, podał się do dymisji. Od tej pory 42-letni Carver prowadził zespół Romy samodzielnie, kopiując wyczyn Vargliena z poprzedniego sezonu (6 lokata). Pomimo braku progresu, w sezonie 1954/55 Carver ponownie otrzymał kredyt zaufania. Stabilizacja oraz ciągłość myśli szkoleniowej wydała znakomite owoce. Roma zajęła bowiem na mecie rozgrywek niesamowite 3 miejsce, które niedługo potem – po karnej degradacji wicemistrza Udinese – zostało zamienione na 2 miejsce!. Wśród powszechnej euforii wielkim echem odbiła się rezygnacja z prowadzenia drużyny przez Carvera, który otrzymawszy propozycję prowadzenia Covetry – wrócił do swojej ojczyzny, by po roku… znaleźć się na ławce trenerskiej Lazio!
C.D.N.
Komentarze (4)
Jakbym czytał o Garcii. Z tym, że w dzisiejszych czasach trudno o rewolucje w piłce. Ciężko czymś zaskoczyć. Ostatnio, co przychodzi mi na myśl, to chyba rewolucyjne, nowatorskie ustawienie Romy przez Spalettiego.
Dziękuję za kolejną część. Nie spodziewałem się, że kolejny odcinek nastąpi tak szybko. Taką wiedzę powinno dawkować się powoli, by zapamiętywać więcej faktów. Będę jeszcze wracał ;)