Z pewnością ostatni mecz Romy przeciwko Barcelonie będzie zapamiętany przez kibiców Giallorossich, a to za sprawą mądrej gry i pięknej bramki Alessandro Florenziego. Na to spotkanie wybrało się dwóch polskich kibiców Blaugrany, a jeden z nich postanowił zdać relację ze swojej podróży. Zapraszamy na jego krótki reportaż z Wiecznego Miasta.
Śmiało mogę powiedzieć, że wyjazd do Rzymu na Champions League był moim kolejnym celem, który chciałem zrealizować. To próba podziękowania mojej ukochanej drużynie za to, co zrobiła w poprzednim sezonie. Kiedy rok temu leciałem do Barcelony na domowy mecz z Atletico Madryt klub był w totalnej rozsypce. Na jednej z trybun kibice na swoich krzesełkach mieli przygotowane białe chusteczki, które na wypadek przegranej z ówczesnym mistrzem Hiszpanii, miały żegnać Luisa Enrique. Jak było później każdy doskonale wie, a finał Ligi Mistrzów w moim wykonaniu, choć z perspektywy strefy kibica, był czymś wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju. W planach był wyjazd do Leverkusen, ale ostatecznie stanęło na Rzymie, Wiecznym Mieście.
Brakowało mi zdecydowanie kompana do wyjazdu, stąd zacząłem rozglądać się po swoich znajomych. Piotrka, zapalonego podróżnika, nie trzeba było długo namawiać. Jak się później okazało, Rzym był dla niego pierwszym meczem ukochanej Barcelony na żywo. „Przygoda życia”- tym go namówiłem.
Podróż zaczęliśmy oddzielnie dojeżdżając z Sopotu do Warszawy. Już w stolicy udzielał nam się kibicowski nastrój. Czuliśmy atmosferę nieprawdopodobnego widowiska sportowego, na które długo czekaliśmy. Dla osób, które mijaliśmy na ulicach naszej słonecznej tego dnia stolicy, był to dzień jak każdy inny. Dla nas o 20:45 była godzina zero. Moment, który zbliżał się wielkimi krokami.
Radośni, wypoczęci kibice, na samym początku wyjątkowej podróży na Dworcu Centralnym w Warszawie.
Podróż do Rzymu minęła nam bez zarzutu. Przygotowując się do samego pobytu w Rzymie zakupiliśmy mapę, na której zakreśliliśmy plan zwiedzania miasta oraz Stadio Olimpico - włoskiej świątyni - która dużo już w swoim życiu widziała. To tutaj przed sześcioma laty wielka Barcelona Guardioli wygrywała finał Ligi Mistrzów, nie dając złudzeń zdystansowanej drużynie Manchesteru United. To na Stadio Olimpico Hicham el Guerrouj w 1999 roku pobił panujący dotychczas rekord świata na 1500m. Dystans pomiędzy Stazione Termini (dworcem głównym w Rzymie) a stadionem to około 7,5 km. Wielką niespodzianką było dla nas, gdy stojąc na skrzyżowaniu i analizując mapę podeszła do nas grupka 4-5 osób udzielając rad i tłumacząc która z dróg będzie dla nas najbardziej optymalna by dotrzeć na stadion. Otrzymaliśmy mapy i serdeczne pozdrowienia. Na końcu rozmowy okazało się, że Ci ludzie to policjanci, którzy dbają aby wszyscy kibice bezpiecznie i bezproblemowo dotarli na mecz. Było nam bardzo miło.
Hiszpańskie schody - kolejny etap podróży na stadion.
Największe wrażenie zrobiła na nas serdeczność Włochów. Kibice Barcelony byli w zdecydowanej mniejszości na ulicach Rzymu, ale każdy z nas był traktowany wyjątkowo. Włosi chcieli robić sobie z nami zdjęcia, pozdrawiali nas i chcieli z nami porozmawiać o wyniku meczu. Każdy doceniał najlepszą drużynę Europy, jednak upatrywał szansę swojej ukochanej drużyny na dobry rezultat.
Zdjęcie z młodymi kibickami Romy, które robiły sobie zdjęcia z wszystkimi „Hiszpanami”.
Wątek „Bello di Notte” przewinął się w Rzymie wielokrotnie. Zaczepiający nas Włosi bardzo często mówili do nas w swoim ojczystym języku, którego my niestety nie rozumieliśmy. „Bello di Notte” przełamywało wszelkie bariery językowe. Bardzo cieszyła nas pamięć o Zbigniewie Bońku i duża wiara w naszego krajana - Wojtka Szczęsnego. Wypożyczony z Arsenalu Polak, to wielka nadzieja Romy.
Grande Barca, czyli zdjęcia włosko-katalońskie.
Grudziądz, czyli miasto rodzinne. Biało-czerwony akcent i znowu wielka sympatia. "Boniek, Szczęsny, Polonia!"
Pod stadionem niesamowita atmosfera i wielkie tłumy. Nie chce nam się wierzyć, że jak do Rzymu przyjedzie Bayer Leverkusen, atmosfera będzie podobna. Najlepsza drużyna Europy: Messi, Suarez, Neymar, Lucho oraz Keita. Emocje narastały czym bliżej pierwszego gwizdka sędziego.
Niemalże pełne Stadio Olimpico godzinę przed rozpoczęciem meczu.
Tego nie dostrzegłem jeszcze na żadnym meczu. Godzinę przed spotkaniem frekwencja wynosiła pewnie około 80-90%. Wychodzący na rozgrzewkę Wojtek Szczęsny dostał lawinę braw oraz owację na stojąco. My też klaskaliśmy. Roma coraz bardziej nam się podobała.
Wielką ciekawostką jest to, że na trybunach Stadio Olimpico sektor kibiców Barcelony był…prawie pusty. Grupka bordowo- granatowych liczyła około 200 osób, z czego już wcześniej na starówce spotkaliśmy rzeszę kibiców z Polski. Na naszym sektorze (Curva Nord)widzieliśmy dwie koszulki Barcelony…nasze.
Mimo mniejszości, zdecydowanie szczęśliwy kibic Barcelony.
Mecz zakończył się remisem 1:1. Mimo wielu okazji, dwóch poprzeczek Messiego oraz dobrej końcówki spotkania, Barcelonie nie udało się wywieźć z rzymskiej świątyni trzech punktów. Barcelona nie zagrała spotkania, do których nas przyzwyczaiła. Piłkarze Luisa Enrique grali momentami powoli, schematycznie. Bramkę życia strzelił Florenzi. To on był na ustach całego Rzymu, aż do naszego wylotu do Polski. Nawet Pani na lotnisku rozmawiając z nami o meczu stwierdziła, że Messi był najlepszy na boisku, ale Florenzi zrobił coś, czego nawet Messi by się nie powstydził.
Czas po meczu, aż do opuszczenia „Wiecznego Miasta”, czyli godziny 12:30 był czasem na zwiedzanie. Zasmuciło nas to, że w Rzymie przy temperaturze 24 stopni, po północy, praktycznie wszystko było pozamykane. Mało było miejsc, gdzie można było napić się włoskiego wina, lub któregoś z wermutów. W Warszawie, atmosfera wielkiego meczu trwa, długo przed i długo po meczu. Kibice po sukcesie swojej drużyny (remis z Barceloną to dla Romy duży sukces) potrafią świętować do białego rana. Włosi szybko poszli spać, a my mieliśmy 12 godzin na zwiedzanie Rzymu.
Rzym to również piękne zabytki.
Ta sympatyczna Włoszka również chciała mieć zdjęcie z „polskimi Hiszpanami”.
Wracając do Polski, mimo krótkiego pobytu we Włoszech, pozytywnych emocji i wspomnień nie było końca. W samolocie spotkaliśmy Polkę, która w Rzymie mieszka od 15 lat. Rozmawialiśmy z nią o tym co przeżyliśmy we Włoszech, a ona nam opowiadała o kibicach Romy, Lazio i o Tottim. To właśnie Francesco Totti był tematem numer jeden podczas powrotu do domu. Francesco jest w Rzymie WSZĘDZIE. Ludzie kochają Tottiego tak samo jak w Barcelonie kochają Messiego, a w Brazylii Neymara. Jest to człowiek, który widnieje na każdym plakacie, szaliku. Tottiego każdy zna i szanuje jak nikogo innego. Jedyną osobą, która popularnością może równać się z Tottim jest Papież. Niesamowite. W trakcie rozmowy wyszło, że nasza zaprzyjaźniona polska Włoszka wielokrotnie widziała Tottiego, gdyż mają oni wspólnych znajomych. Wymieniliśmy się numerami telefonu, a Monika obiecała, że postara się załatwić nam pamiątkowe zdjęcie z pozdrowieniami i autografem od legendy AS ROMA. Wyjazd dobiegł końca, a my już czekamy na kolejny wypad w Europę za naszą ukochaną Dumą Katalonii.
Specjalnie dla asroma.pl: Jakub Borowicz
Napisane przez: SIRer dnia 20.09.2015; 22:20